sobota, 26 maja 2012
39.Kolczyk
Strasznie nam się nudziło. W TV nic ciekawego. Gry na gitarze jak na jeden dzień wystarczy. Nadal nie wiedziałam co mam teraz zrobić. Zastanawiało mnie jak oni się dowiedzieli.
-Jak oni się dowiedzieli?-Spytała Jessi.
-Właśnie nad tym się zastanawiam.
-Ale jak to jest możliwe?
-Maja jakiś pakt z diabłem czy coś takiego.
-Ile razy już się o czymś dowiedzieli?
-Nie wiem. Nawet mnie to przeraża.
-A tak właściwie to kiedy wracamy?
-Za 2 dni.
-Szkoda. Spodobało mi się tu.
-A mi się wydaje, że raczej ktoś.
-To też.
Zaczęłyśmy się śmiać. Trochę nam zajęło opanowanie się. Zaproponowałam żebyśmy zagrali w butelkę. Zakręciłam pierwsza. Wypadło na Justina.
-Ja to mam normalnie pecha.
-Tak, tak. To co wybierasz?
-Prawdę.
-Kochasz Jessice?
-Tak.- Zdziwiony moim pytaniem zakręcił. Wypadło na Jessi.
-To co skarbie?
-Zadanie.
-Co by tu ci wymyślić? Wiem masz pocałować Anitę.
-Ok.-Podeszła do mnie i dała mi buziaka. To był super wieczór. Świetnie się bawiliśmy. Czas szybko nam zleciał. Następnego dnia chodziliśmy po mieście i kupowaliśmy ciuchy, biżuterie i takie tam. Postanowiłam zmienić swój styl. Najsampierw ciuchy.
Potem kolczyki.
-A po co ty je tak właściwie kupowałaś?
-Bo sa ładne.
-A będziesz je nosić?
-Jasne.
-Tak?
-No tak. A co?
-A masz na nie dziurki?
-Nie. -Jessica odeszła kawałek. Chwilkę pomyślałam i stwierdziłam, że znowu mi odbija. Wydarłam się na cały głos:
-Jessi przebijesz mi wargę i język? -Zaczęłyśmy się śmiać.
-Jasne.-Odkrzyknęła mi.
-Jesteście nienormalne.-Zauważył Justin.
-Brawo. Kiedy się zorientowałeś?
Nie wytrzymałyśmy. Buchnęłyśmy śmiechem. Wszyscy patrzyli na nas jak na wariatki. Położyłyśmy się na ulicy i zaczęłyśmy krzyczeć po polsku.
-Kocham cie Dawid (Chodziło man wtedy o Alvina i wiewiórki).
+++++++++++++
Zmęczona życiem szukam ucieczki.
Chcę żyć, nie istnieć!
Odszedłeś,
życie bez Ciebie nie jest możliwe.
Nie dla mnie.
Żyletka...
jedyne rozwiązanie.
Wyciągam ją z portfela,
kaleczę swoje ciało.
Każda rana to wyraz cierpienia,
każda coś znaczy, ma swój sens.
Krew obejmuje moją rękę.
Opuszczam ją bezwładnie...
Niech krwawi- myślę.
Im więcej, tym lepiej.
Zamykam oczy,
czuję tylko ulgę
Łzy-wyraz bezsilności.
Płaczę.
Krew miesza się ze łzami.
Gaszę w sobie wyrzuty sumienia.
Ocieram krew.
Patrzę na nią jeszcze przez chwilę.
To mnie uspakaja.
Wychodzę z pokoju.
Rzucam jeszcze tylko jedno spojrzenie w jego stronę.
Maluje się w nim zarys śmierci, bólu i cierpienia.
Wrócę tam,
by jeszcze raz pozbawić się świadomości
i zapomnieć, że Ciebie przy mnie nie ma...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz