sobota, 26 maja 2012

56.Wypadek


Była sobota. Okropnie mi sie nudziło. Postanowiłam zadzwonić do Miłosza. 
M;Cześć, co u ciebie słychać? 
J;po staremu. Nudzi mi się trochę. 
M;To ja za chwile u ciebie będę. Przejedziemy się gdzieś. 
J;Czekam. 
Nie musiałam długo czekać, bo już po 6 minutkach stał w progu. Rzuciłam krótkie"wychodzę" i już nas nie było. Wsiedliśmy na jego motor z zamiarem przejażdżki po mieście.  Okazało się,że jest jeden kask. Kazałam Miłoszowi go założyć.Pojechaliśmy.Czułam na skórze powiew zimnego powietrza. Było cudownie. Zauważyłam,że jedziemy coraz to szybciej. Spojrzałam na prędkościomierz i się przeraziłam. Jechaliśmy już 180km/h. 
-Proszę,zwolnij. Boję się.  
-Przytul się do mnie i powiedz,że mnie kochasz.-To mnie zupełnie zaskoczyło. Do tamtej pory sobie tego nie zdawałam, ale kiedy to powiedział... 
-Kocham ciebie najbardziej na świecie. Jednak zwolnij, proszę. 
-Ściągnij wpierw sobie mój kask i załóż go  sobie. Proszę ,on jest mi za ciasny. Potem przytul mnie i powiedz,że mnie kochasz. 
Założyłam kask ,przytuliłam go i powiedziałam-Kocham ciebie ponad wszystko. Uderzyliśmy w nadjeżdżający samochód z prędkością190km/h. Miłosz nie przeżył. Po krótkich oględzinach pojazdu zrozumiałam dlaczego kazał mi tak postąpić i powiedzieć to co powiedziałam. W trakcie jazdy zdał sobie sprawę,że hamulce nie działają, że zablokował się gaz... i nie mieliśmy możliwości zwolnić. Byłam przez 2 dni w szpitalu na obserwacji. Na szczęście dziecku nic się nie stało. Przyszedł czas na pogrzeb. Nie potrafiłam usiedzieć na nim. Po kilku dniach przyszłam na jego grób. Łzy wypełniały mi oczy... po policzkach toczyły się strumienie...a w sercu głęboka rana... Stanęłam przed jego grobem i zaniemówiłam...uklękłam...położyłam kwiaty... i kask... 
-Dziękuję,że uratowałeś życie mi i mojej córeczce.  
 Dni ciągnęły się nieubłaganie. Nie mogłam pogodzić się z tym co sie stało. Postanowiłam na trochę wyjechać. 
-Anita.-Już od rana słychać było wrzaski bliźniaków. 
-Co? 
-Za 5 minut na dole ,bo nie zdążysz na lotnisko.
-Ide.-Wzięłam torbę i zeszłam na dół.  
 Podróż na lotnisko nie była zbyt długa. Wysiedliśmy z auta i ruszyliśmy  do odprawy. 
-Uważaj na siebie.-Bill przytulił mnie.  
-Obiecuję.- Pożegnałam się z nimi i poszłam do odprawy. W samolocie miałam trochę spokoju. Zastanawiałam sie jak wygląda dom kochanej czwóreczki. W krótce zmorzył mnie sen. Obudziłam sie na 5 minut przed lądowaniem. Rozprostowałam kości i wraz z resztą pasażerów wyszłam z samolotu. Na lotnisku czekała na mnie już taksówka. Wrzuciłam torbę do bagażnika i pojechaliśmy. Podałam kierowcy adres. Kiedy dojechaliśmy na miejsce moim oczom ukazała się piękna śnieżnobiała willa z basenem. Zabrałam torbę  i ruszyłam w kierunku drzwi. Zadzwoniłam. Oczywiście otworzyła mi Majka. 
-Cześć, jest reszta wiary? 
-Jasne, właź.-Weszłam do środka i rzuciłam torbę na komodę. 
-Lodożerco! Jesteś?-Od razu pojawiła się Jessica.-A gdzie Kryśka i Bebs? 
-Na tyłach ogrodu. Chodź.-Złapała mnie za rękę i pociągnęła przez pół mieszkania(a było spore). Wszyscy siedzieliśmy w basenie. Ja niestety w bieliźnie, bo reszta dzieciarni nie dała mi się przebrać w strój tylko od razu mnie wrzuciła. Rozmawialiśmy o czym tylko się dało. Nikt nawet nie zauważył, ze zrobiło się zimno i ciemno. Po kolejnej godzince wróciliśmy do domu.  
-Ale nudy, co robimy?-Zaczął Chris. 
-Gramy w butelkę. Części ciała i sposób całowania. 
-Może być.-Zgodził się Justin. Poleciałam po butelkę. 
-Kto pierwszy?-Spytałam sie dosiadając swoje zwłoki do kółka. 
-Ty.-Usłyszałam chórek. Losowałam."cmok","szyja". Zakręciłam, wypadło na Majkę. Szybko ją cmoknęłam i graliśmy dalej. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz