niedziela, 27 maja 2012

71.Nie odstępuj ode mnie


 Czekała mnie długa podróż. Najpierw do Niemiec, gdzie miałam zaliczyć wszystkie kursy ,a potem do Los Angeles. Wsiadając do pociągu starałam się nie myśleć o tym co mnie czekało. Usiadłam na swoim miejscu i utkwiłam wzrok "Salon sukien ślubnych i wieczorowych" "Miałyśmy tyle planów, najpierw wspólne studia, kursy, praktyki a potem własny salon kosmetyczny. 

Porzuciłam marzenia. Nie warto się w nich zatracać. Liczyło się tylko tu i teraz. Niepotrzebne myśli starałam sie wyprzeć,aby na ich miejsce wstąpiły te bardziej pożądane w danej chwili. Nie chciałam myśleć o przeszłości, ani o tym co się z nią wiązało. Oczywiście, kilka spraw trzeba było doprowadzić do końca, ale i na to miała przyjść pora. 
 Pociąg ruszył otwierając przede mną bamę lepszego jutra. 


 Mieszkanie nie było duże. Pokój, łazienka i kuchnia. Wszystko to urządzone skromnie, ale z klasą.Ściany białe tak jak i całe wyposażenie. Szybko rozpakowałam się. Nie było tego dużo. Kiedy spojrzałam na zegarek było grubo po północy.  Zmęczona rozłożyłam sofę i położyłam się spać. Pamiętałam o tym,że pierwszy sen w nowym miejscu zawsze się sprawdza. 

 Szłam długim korytarzem. Na jego ścianach wisiały przeróżne zdjęcia. Wiedziałam,że gdzieś już widziałam te osoby. Droga dłużyła mi się w nieskończoność. Już miałam zawrócić, gdy zobaczyłam przed sobą jasną kulę.
Wyciągnęłam rękę w jej stronę. Dziwna ciecz zaczęła pochłaniać moje palce, potem rękę aż pochłonęła całe moje ciało.

Przez ten cały czas nauki i takich tam zapomniałam całkiem o planowaniu zemsty. Poznałam nowych ludzi. A raczej pewnego chłopaka. Był mi całym światem. Blondyn, o błękitnych oczach. Dobrze umięśniony i nie głupi. Wprost ideał. I samo jego imię przyprawiało mnie o dreszcz podniecenia.  
-Andreas!-Chłopak udawał,że mnie nie słyszy. Byłam już lekko wstawiona. Miałam już sięgnąć po kolejną butelkę piwa, gdy powstrzymała mnie silna dłoń. 
-Mam coś lepszego. 
-Co masz na myśli?
-Najpierw jedno proste pytanie. I oczekuję szczerej odpowiedzi. 
-Tak? 
-Bo widzisz... Kocham cię i chciałbym... Czy chcesz być moją dziewczyna?-Widać było,że chłopak jest dosyć spięty. 
Ty jesteś mój poranek, 
złoty błysk na szybie 
i wietrzyk, co zza okna 
oddechem mnie pieści. 

Ty jesteś krzew jaśminu, 
ty jesteś mój ogród, 
motyl, co śród jaśminu 
skrzydłami szeleści. 


Nie odstępuj ode mnie. 
Nie odstępuj ode mnie. 


Jeżeli każesz-będę, 
jeżeli odejdziesz- 
umrę, jak motyl umrę, 
jak jaśmin uwiędnę. 


Nie odstępuj ode mnie. 
Nie odstępuj ode mnie. * 

-Tak.-Andreas wziął mnie w objęcia i okręcił się ze mną dookoła kilka razy. 
-W takim razie chodźmy. 
-Gdzie?-Zapytałam śmiejąc się. 
-Zobaczysz.-Chłopak chwycił mnie za rękę i pociągnął w stronę tylnego wyjścia. Biegliśmy przed siebie. Po kilku minutach dotarliśmy na miejsce. Stanęliśmy przed starym kinem. Wyglądało jak nawiedzone. Odrapane ściany, powybijane szyby zabite dechami. Niepewnym krokiem podążyłam za Andreasem. 
-Co my tu robimy? 
-Zobaczysz. 
 Weszliśmy do środka, gdzie panowała ciemność. Chłopak zaświecił światła i poszliśmy dalej, na jedną z sal. Bez słowa usiedliśmy w jednym z górnych rzędów. Andi zapalił czarną świecę. Nie zwracałam uwagi na to co robił. Bardziej interesowało mnie to miejsce. Rozglądałam się dookoła. Pełno butelek, puszek i innych śmieci. Nic szczególnego.
-Daj rękę.-Nie zastanawiałam się nad tymi słowami i wykonałam polecenie. Czułam jak chłopak podciąga rękaw i zaciska pasek na moim przedramieniu. 
-Co robisz?-Wyrwałam się z  zamyślenia. W tym momencie igła wbiła się w moja skórę, a następnie w żyłę. Ciepły płyn zaczął mieszać się z krwią. Już po chwili trwałam w błogostanie. 

 Nie można było mnie nazwać ćpunką. Brałam, ale od czasu do czasu. Kochałam ten błogi stan jak i chłopaka , który wprowadzał mnie w niego(w domyśle, w ten stan). Dzięki temu mogłam zapomnieć o wszystkim. Oczywiście dręczyły mnie pytania, co do mojego nietypowego snu. Czy rzeczywiście czekała mnie śmierć już za kilka miesięcy? Wszystko to co widziałam podczas śpiączki było takie nieprawdopodobne, a zarazem takie realne. No i te zapewnienia Marleny,że umrę w wieku 18 lat. Ponoć wyszło jej tak z kart i moja linia życia jest bardzo krótka. Może i prawda, ale to mnie najmniej obchodziło. 




 I wreszcie nadszedł ten dzień. Tak ważny, a jednak tak mało istotny. To właśnie tego dnia ważyło się moje być i nie być. Samolot z Berlina do Los Angeles właśnie wylądował. Na dworze nie było mrozu, ale ciepło także nie było.Zabrałam swoje bagaże i wsiadłam do czarnego auta podstawionego pod lotniskiem. Droga ni była zbyt długa. Już po kilku minutach zajechałam pod hotel. Kierowca wziął moje torby i zaprowadził do pokoju, który miałam zajmować. Wykończona lotem padłam na łóżko i zasnęłam prawie natychmiast.

 Żałowałam,że nie było tutaj ze mną mojego chłopaka.Jedynym pocieszeniem było to,że następnego dnia miała dołączyć Jessica.Cieszyłam się na to spotkanie jak dziecko. Dawno się z nią nie widziałam ani tym bardziej nie rozmawiałam. 
-Cześć!-Przytuliłyśmy się na powitanie.-Opowiadaj co się działo przez ten czas? 
-Cześć. Nie uwierzysz!-Dziewczyna aż podskoczyła z radości. 
-Wal. 
-Sama zgadnij. 
-No nie wiem. Masz się spotkać ze Scooterem Brownem?**
-Tak!!!! 




 Cały dzień przesiedziałyśmy gadając o różnych głupstwach. Ta rozmowa dobrze nam zrobiła. Wyjaśniłyśmy sobie sporo, przy okazji zbijając wazon i kilka innych drobnych przedmiotów. Posprzątałyśmy i usiadłyśmy przed telewizorem. Włączyłyśmy sprzęt i wlepiłyśmy oczy w ekran. Tak zleciał nam czas. Wieczorem zabrałam dziewczynę do restauracji na kolację. Kiedy wróciłyśmy do hotelu padłyśmy na łóżka zmęczone i od razu zasnęłyśmy. 


 Udało się! Jess dostała pracę."Stylistka Justina Biebera". Nic więcej w danej chwili mnie nie obchodziło.Wybrałam numer Andreasa. Chciałam z nimi porozmawiać.Ostatnimi czasy nie było okazji. Jeden, dwa trzy sygnały. Odebrał po 4. 
-Cześć kocie.-Przywitał mnie. 
-Hej. Co tam, u ciebie? 
-Nic ciekawego. Tęsknie za tobą.A ty co porabiasz? 
-Siedzie właśnie z Jess. Szkoda,że nie chciałeś ze mną tu przylecieć. 
-Dobrze wiesz,że nie lubię latać. 
-Tak, wiem. Dobra ja muszę kończyć. Jess mnie woła. Zabiera mnie na jakąś imprezę czy coś takiego. 
-Ty i impreza? 
-Taaa, sama w to nie wierzę. No ale cóż. Czego się nie robi dla przyjaciół?
-Hehe. Dobra. Życzę udanej zabawy. Pa. 
-Pa. 
 Ubrałam czara skórzana kurtkę i dołączyłam do Jessicy. Wieczór nie należał do ciepłych. Zamówiłyśmy taksówkę. Nie musiałyśmy długo czekać na pojazd. 


 W klubie było sporo osób.Grała głośna muzyka.Usiadłyśmy przy barze i zamówiłyśmy po drinku. Po wypiciu trunku poszłyśmy potańczyć. Tak minęła nam godzina. Zamówiłyśmy po piwie. Po kilku łykach chłodnego napoju poczułam się lepiej. Rozglądałam się dookoła. To co obaczyłam spowodowało ,że moje serce stanęło. 

Oczami Jessicy 
 Bawiłyśmy się świetnie. Dawno nie widziałam Anity tak wyluzowanej. Zmęczone tańcem wróciłyśmy do baru i zamówiłyśmy po piwie. Kilka łyków i już miałam energię na dalsze harce.  
-Hej An, ten chłopak z czerwonymi włosami jest nawet ładny.-Spojrzałam na moją towarzyszkę. Nic nie odpowiedziała. Wiedziałam,że nie dotarło do niej ,to co mówiłam. Dziewczyna była cała biała. Ostatni rzadko jej się to zdarzało, więc wiedziałam że coś jest nie tak. Rozejrzałam się dookoła. Niestety nie ujrzałam niczego co mogłoby spowodować taki stan u mojej przyjaciółki


Oczami Anity 
 Poczułam jakby ktoś rozerwał na strzępy moje serce, a potem zaczął przypalać je żywym ogniem. Po moim policzku popłynęła łza. Wstałam. Chciałam uciec stamtąd. Gdzieś daleko, gdzie nikt by mnie nie znalazł. Wstałam i rzuciłam się do wyjścia. Jedak nie dałam rady ruszyć się z miejsca. Czułam jak ktoś obejmuje mnie mocno w pasie. Chciałam się wyrwać,ale chłopak trzymał mnie i nie miał zamiaru puścić. 
-Proszę, zostaw mnie. 
-Nie.-Znałam ten głos. Pojawiał się w moim śnie wiele razy. Słyszałam go też nieraz w piosence lub na filmikach. Odwróciłam się do Niego przodem i wtuliłam się w Jego obszerną bluzę. Chłopak złapał mnie za rękę i zaprowadził na sofę. Usiadł i usadził mnie na swoich kolanach. Nie chciałam już nic czuć. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz