sobota, 26 maja 2012

53.Piknik


Od razu uprzedzam, bo nie wiem jak dokładnie wygląda nauczanie w niemieckich szkołach, że będzie trochę w polskiej wersji. 
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ 
Ostry ból przeszywał mój brzuch.Usiadłam na ławce. Nawet za bardzo nie myślałam o tym jak do niej doszłam. Odchyliłam głowę do tyłu i w myślach liczyłam do 10. Nie musiałam długo czekać. Ból powoli ustępował.Po chwili przyjechali bliźniacy. Wsiadłam bez słowa do auta. Jeszcze za nim zamknęłam drzwiczki pożegnałam się z wiarą. 
-I jak było?-Zaśmiał się Bill widząc moja wkurzoną minę. 
-A jak miało być? Daje rade, ale musicie mi pomóc z francuskim. 
-Jasne. Dużo wam zadali? 
-Nic, a co? 
-Tom zabiera was na piknik. 
-Że co? 
-No Tom zabiera ciebie i Angele na piknik. 
-Świetnie. I tak juro mam na 10 więc co mi tam. 


 Resztę drogi przebyliśmy w milczeniu. Gdy dojechaliśmy na miejsce rzuciłam plecak i oznajmiłam, że możemy już jechać. Po chwili na dół zeszła Angela w pięknej błękitnej sukience. Wyglądała bosko. Wsiedliśmy do auta. Wlepiłam gały w szybę samochodu i patrzyłam. Jak mijamy drzewa, krzewy, sklepy, inne pojazdy. Jak mijamy wszystko to co nas otacza. Po pewnym czasie dojechaliśmy na miejsce. Dookoła nas było przepięknie. Las rozciągał się przed jeziorkiem. Tom wyciągnął koc i rozłożył go na trawie. Ang wyjęła koszyk i zaczęła rozkładać talerze. Usiadłam obok nich. Zaczęła się miła rozmowa. W między czasie podjadaliśmy co nieco. 


-Jak długo zamierzasz chodzić do szkoły?-Z zamyślenia wyrwała mnie Angela. 
-Sama nie wiem. Pewnie tuż przed terminem przestanę i po porodzie wrócę. 
-A co z dzieckiem? 
-Oddam do adopcji. 
-Dlaczego?-Spytał zszokowany Tom. 
-To nie jest odpowiedni czas na dzieci.-Chciałam zakończyć tą rozmowę, ale chłopak mi nie pozwolił. 
-Daj spokój. Damy radę.Przecież wszyscy będziemy ci pomagać. 
-A co z nauką? Przecież nie rzucę szkoły.A właśnie. Pomożesz mi z francuzem? 
-Jasne. Je t'aime. 
-Kocham cię. Daj coś trudniejszego.
-Dobra, tego na pewno nie zgadniesz. Baise-moi. 
-Pomyślmy. Znając ciebie to pieprz mnie? 
-Zgadłaś.Je vous ai pris dans la voiture.  
-Będę brał cie w aucie. Ty mnie raczej nie zaskoczysz.  
-To może ja?-Odezwała się Angela. 
-Dawaj. 
-
 Bij,
frapper et tuer.
Tuez-moi la douleur insensible
la douleur que vous avez fait sur ​​moi.
Une fois que tu aimais tant,
Maintenant, ne regarde même pas,
Ne mettez pas votre face arrière
pas la parole.
Est-ce censé être?
Je ne sais pas.
Parfois, il semble
comme si nous réunir demain.

Je suis assis,
heure par heure.
Et dans les mains de la mort,
la mort, si attirant,
mais pas le mien.
Ainsi, le rythme,
frapper et tuer,
à une perte de souffle,
à une perte de force.
Je ne voudrais pas avoir à souffrir.
Je n'aurais pas à rechercher
le cœur qui saigne,
Je lui ai tenu la main.
-To mój wiersz? 
-Tak. Masz francuski we krwi.
-Może.-Posiedzieliśmy jeszcze trochę i pogadaliśmy aż zrobiło się ciemno i trzeba było wracać. 
 Rano jak zwykle do szkoły. Lekcje były strasznie nudne. Na Niemcu baba pytała wiersza. Miałam szczęście, że znałam go na pamięć. 
-Anita, teraz twoja kolej. 
Wyszłam na środek i zaczęłam recytację. 
 Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko to co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego
Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzeć
kochamy wciąż za mało i stale za późno
Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a będziesz jak delfin łagodny i mocny
Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą 
Oczywiście Flinth się popłakała. Tak właściwie to prawie cała klasa już płakała. Usiadłam do ławki. 
-Brawo. Jedynka.To najlepsza recytacja jaką dziś usłyszałam.  
 Resztę lekcji jakoś przetrwałam. Łatwo mi nie było ponieważ cały czas plastik za mną łaził i mnie wnerwiał. Ostatkiem sił powstrzymywałam się, żeby jej nie przywalić.  
        
Oczami Jessicy 
Niestety koniec wakacji, ale nie dla mnie.Już za dwa dni miałam lecieć do Justina, a potem wraz z im do Paryża. 
-Jessica, jesteś już spakowana?-Spytała się mnie mama. 
-Tak mamo!-Odpowiedziałam prawie krzycząc. 
-Kosmetyki wzięłaś?-Znowu się pytała. 
-Tak, wszystko już spakowałam. 
 O 21 położyłam się spać, by wstać o 6 rano.Samolot planowo miał być o 8. 
-Jessica, bądź ostrożna. 
-Tak, będę. 
-Mam nadzieję i dzwoń często.-Powiedział tata. 
-Dobrze. 


 Nagle rozbiegł się dźwięk mówiący z punktu obsługi, że pasażerowie lotu z Polski do Atlanty proszeni są do wejść. Pożegnałam się i poszłam do bramki. Przed nią zatrzymała mnie mama i wsunęła mi gumki do torebki.-Nie chcę być jeszcze babcią.
Zdziwiło mnie to trochę, ale niech jej będzie.Przeszłam przez odprawę i wsiadłam do samolotu. Usiadłam na swoim miejscu. Przez cały lot smacznie sobie spałam. Potem posiedziałam na lotnisku czekając na Justina. Zadzwonił, że spóźni się kwadrans.
Zauważyłam biegnącego chłopaka w moją stronę z wielkim bukietem czerwonych róż. Po paru sekundach zorientowałam się, że to Justin. 
-Cześć, kochanie.Bardzo przepraszam cię za to spóźnienie, ale miałem wywiad.-W tym momencie dał mi bukiet. 
-Cześć kocie, nie masz za co przepraszać i dziękuje si za ten bukiet, nie musiałeś. 
-Ale chciałem.-Wpił się w moje usta. Po kilku chwilach już nie mięliśmy czym oddychać i oderwaliśmy się od siebie. 
-Na to czekałam przez tydzień. 
-Ja też. 


 Wsiedliśmy do auta. Po pół godzinie byliśmy już na miejscu. Justin uparł się, że sam weźmie moje walizki, więc wzięłam tylko swoją torebkę. Położyłam ją na szafce, ściągnęłam buty i poszłam do kuchni napić się wody. Nalałam do szklanki gazowanej i zaczęłam pić. Nagle usłyszałam jak coś spada. Szybko pobiegłam sprawdzić co się stało.Okazało się, że niezdara Justin zaczepił o moją torebkę i ją przewrócił. Wszystko ze środka wyleciało. 
-Justin! Coś ty zrobił 
-Nic, tylko się zaczepiłem i się wysypało. 
-Pomożesz mi pozbierać? 
-Przepraszam. Oczywiście już. -Po chwili.-A co to jest?-Spytał się trzymając w ręku prezerwatywy. 
-Gumki. 
-A po co ci?-Spytał się z szerokim uśmiechem poruszając biodrami. 
-Mama na lotnisku mi je dała. 
-Aha. Ale na pewno się przydadzą.-Puścił mi oczki. 
-Może...A co ty ie masz to co z ciebie za facet? 
-A żebyś wiedziała ,że mam. 
 Powygłupialiśmy się jeszcze trochę i poszliśmy wziąć prysznice. 
     
  Oczami Justina 
Gdy rano wstałem Jessi jeszcze spała.Poszedłem zrobić jej śniadanie. Zrobiłem naleśniki, położyłem je na talerzyk i polałem to syropem klonowym robiąc serduszko a w środku napis I LOVE YOU. Nalałem  do szklanek świeżego soku pomarańczowego. 

 Odłożyłem tacę na stolik i wskoczyłem na łóżko. Dałem jej soczystego buziaka i wpiłem się w jej usta. Po chwili poczułem, że zaczęła oddawać mi pocałunki. 
-Dzień dobry kochanie.-Wymruczałem. 
-Cześć.-Odpowiedziała zaspana. 
 Zjedliśmy śniadanie.Całowaliśmy się. Napiliśmy się soku. Całowaliśmy się. 
 W południe poszliśmy z Chrisem, Catlin, Ryanem, Chazem i Emil do skateparku. Okazało się, że Catlin z Ryanem byli razem. Byliśmy trochę zaskoczeni, ale wiedziałam że oni będą razem. Wieczorem wróciliśmy padnięci do domu. Zjedliśmy kolację i poszliśmy spać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz